HISTORIA ZESPOŁU OD ZARANIA DO ROKU 2004

Jeżeli masz chwilkę, przeczytaj naszą historię od zarania do czerwca 2004 roku, zawierającą odnośniki, i parę zdjęć. Dalsza część historii zespołu trwająca po dziś dzień będzie napisana wkrótce.

Historia zespołu

Ja - gitarzysta Serwat(Tomek Serwatko) będę narratorem historii tego zespołu, więc niektóre stwierdzenia mogą mieć subiektywną wymowę spowodowaną moją osobistą sympatią lub niechęcią do niektórych sytuacji i ludzi, a spojrzenie na przebieg wydarzeń jest jednostronne.
A było to tak... Pewnego chyba lutowego dnia nowmillenijnego 2000 roku zadzwonił do mnie bębniarz Prąciool(Łukasz Kustra), z którym wcześniej współtworzyłem grupę PIGFISH. Powiadomił mnie, że właśnie odebrał telefon od gitarzysty Sebka(Sebastiana Miecznika), który oznajmił mu o tym, że gramy z nim w zespole. Informacja to trochę mnie zdziwiła, ale jako że od zakończenia współpracy z zespołami KAIROS i PIGFISH nie mogłem znaleźć pomysłu na zespół stwierdziłem, że czemu nie. Skład dopełnił basista Niemir (Paweł Niemirowicz) grający wcześniej z Sebkiem w LAPIS LAZULI. Pozostało ustalić zasadniczą rzecz:

CO GRAMY?!
Spotkaliśmy się we czterech u Sebka w chacie i dokonaliśmy pierwszych ustaleń. Miałem parę pomysłów, ale ponieważ byłem wtedy pod wpływem takich kapel jak Manic Street Preachers, Skunk Anansie czy Dishwalla, żaden z nich nie przetrwał do czasów obecnych.
Kolejną nierozstrzygniętą kwestią było stanowisko wokalisty(-stki). Zaoferowałem swoją kandydaturę, ale po paru próbach i wstępnym nagraniu demo Sebek stwierdził, że jestem cały czas pod dźwiękiem, i poszukiwania trwały dalej. Pojawiło się parę osób, ale z żadną z nich "nie zatrybiło należycie". Pozostało nawet jedno nagranie z dziewczyną, która nawet nie pozostawiła swoich danych personalnych - warto posłuchać, bo brzmi to jak japońska bajka dla dzieci.
W czerwcu albo lipcu'00 pojechaliśmy na działkę do "Tomka Kuklówki" w celu szlifowania powstałych już utworów i nagrania ich na wieloślad. Dwudniowy pobyt u Kuklówki przerodził się w regularne nagranie demo przedzielone treściwą libacją, podczas której okazało się, że basista Niemir pije nieduże ilości alkoholu. Nazajutrz okazało się również, że niezbyt dobrze zna materiał.
Niemir odpadł. Zaczęliśmy szukać również basisty. Pojawiło się paru osobników, ale albo nie za bardzo umieli trzymać w rękach gitarę albo zastanawiali się, czy znajdą czas na grę w tym zespole w przerwach pomiędzy chałturami.
Miejsce Niemira zajął popularny od pokoleń w warszawskim światku muzycznym basista Stołek i wniósł do naszego życia wiele radości. Grając z nami ze cztery miesiące był na jakichś czterech próbach, ale jego wkład w muzykę był nieoceniony.

Późną jesienią znowu pojechaliśmy do Kuklówki szlifować materiał, ale tym razem niewiele zagraliśmy, bo zaczęliśmy granie od kolacji w restauracji znajdującej się gdzieś pod Skierniewicami. Okazało się również, że basista Stołek pije zbyt duże ilości alkoholu, a perkusista Prąciool działa na niego jak przysłowiowa płachta na byka. Stołek odpadł, ale przychodzi na koncerty i go kochamy.
Było nas trzech...no i musieliśmy zacząć robić coś konkretnego.
Pewnej próby przyniosłem pomysł utworu i zacząłem śpiewać. Poszło nieźle, objąłem stanowisko wokalisty, a utwór przetrwał do czasów obecnych jako "Hard to believe".

"Pierwszy krzyk"
Postanowiliśmy nagrać we trzech porządny materiał w dobrym studio i pod koniec kwietnia'01 weszliśmy do studia "Mach" na warszawskim Ursynowie. Partie basu nagrał nasz kolega - "znikający punkt" Marcin Kleiber. Długo to trwało i ciężko było. Odległe terminy sesji, remont studia, realizator Józio, który finalnie popierdolił co się dało, sprawiły, że nagranie czterech utworów zajęło nam pół roku, a efekt był mizerny. Wkurwiony pracą realizatora był również właściciel studia Piotrek "Dziki" Chancewicz, który miał wątpliwą przyjemność miksowania nagranego materiału. Józek odpadł.
Ważnym faktem jest, że do studia wchodziliśmy jako zespół "Kasta", a nagranie zakończyliśmy już jako ORBITA WIRU. Czasu na zastanowienie było dużo, przypomnę, pół roku.
W międzyczasie zdążyliśmy zrobić kolejne utwory i już w grudniu siedzieliśmy w Olsztyńskim "Selani Studio" uwieczniając naszą twórczość pod czujnym okiem Szymona "czujne oko" Czecha. Tym razem partie basu nagrywaliśmy do spółki z Sebkiem, a na potrzeby reklamowe stworzyliśmy urojonego basistę - Qrwiu Anonima.
Iron Maiden może mieć Eddiego, to i my możemy. Materiały nagrane w Warszawie i Olsztynie złożyły się ostatecznie na płytę "Pierwszy krzyk". Płytę a nie demo, bo do nagrania przyłożyliśmy się tak, jak dzieje się to w czasie tworzenia płyt(studio, realizator, czas realizacji, dbałość o szczegóły i brzmienie). A że nikt tego nie wydał...cóż, wiemy jak jest w naszym miodem i mlekiem płynącym kraju.

23 marca 2002 roku zagraliśmy w klubie "Kopalnia" pierwszy koncert z pożyczonym basistą Masłem.
Na początku kwietnia Sebek i Prąciool przyjęli do zespołu basistę Czaplińskiego, który szybko zyskał przydomek "Konopijczyka":-). Ten radosny i wiecznie lewitujący w ponadświadomości człowiek zagościł na ORBICIE przez dwa intensywne lata.
"Pierwszy krzyk" trafił w różne mniej lub bardziej powołane ręce, czego następstwem były propozycje udziału w takich imprezach, jak "Rock Front Piknik"(Skarżysko Kamienna, Poznań), PEPE(Piaseczno), Slot Art Festiwal(Lubiąż), Rower Błażeja, Rock Festiwal w Iławie, czy w końcu Festiwal Rockowy Węgorzewo 2002.

"PEPE" w Piasecznie
Koniec kwietnia przyniósł nam ogromną zachętę do dalszego działania w postaci głównej wygranej (... pieniężnej) w Przeglądzie Kapel Rockowych "PEPE" w
Piasecznie i wyróżnienie na "Rock Front Pikniku" w Skarżysku Kamiennej.

 

"Nowa Energia"
Gdzieś w okolicach czerwca zadzwonił do mnie Robert Kilen, odpowiedzialny za label NUENERGY firmy fonograficznej Universal Polska, z propozycją nagrania dwóch utworów z "Pierwszego krzyku" na drugą część składanki "Nowa Energia". W lipcu, tuż po powrocie z Festiwalu w Węgorzewie weszliśmy do Studia "Sonus" i po trzech dniach utwory "Hard to believe" i "Złudzenia" były nagrane.
Na początku czerwca zagraliśmy duży, plenerowy koncert na warszawskiej Agrykoli nazwany "Parada Internautów". Obsada była całkiem niezła, bo oprócz nas wystąpił Kangaros, Novika i Futro oraz Reni Jusis. Parady nie zauważyliśmy - chyba przeszła dosyć szybko, co gorsza padał deszcz i główną część publiki stanowili ochroniarze koncertu.
Pod koniec czerwca pojechaliśmy z Sebkiem do Nowego Sącza na ślub Prącioola, aby dowiedzieć się od jego ojca (muzyka), że jego dopiero co poślubiona żona odciąga go od grania. Zrobiła się straszna draka, dopiero co poślubiona żona obraziła się na swojego teścia, a jak się później okazało, jego słowa okazały się prorocze. Pozdrawiamy Pana Zbyszka i cała rodzinę Kustrów z Nowego Sącza.

Festiwal Rockowy Węgorzewo 2002
Co do udziału w konkursie Festiwalu w Węgorzewie to.... nie dostaliśmy się. Z relacji członków jury dowiedzieliśmy się, że nasz udział w konkursie był już przesądzony, ale ostateczną decyzję, dla nas niekorzystną, podjął przewodniczący jury Robert Leszczyński, dla którego "rock is dead", i który odnalazł w sobie DJ'skie powołanie. Koniec końców stwierdziliśmy, że "trzeba walczyć" i ok. czwartej rano wsiedliśmy do samochodu by o dziewiątej zagrać na małej scenie, z której trzy zespoły wchodziły do konkursu. Weszliśmy i zagraliśmy przepięknie...
"Slot Art Festiwal"
Ciekawą imprezą, którą zaliczyliśmy również w lipcu był Slot Art Festiwal w Lubiążu pod Wrocławiem. Ciekawe miejsce, stary zamek wraz z zabudowaniami, ogólnie bardzo fajny chrześcijańsko-artystyczno-abstynencki klimat. Nasz koncert odbył się w starej stajni, czy stodole około godziny 14, a temperatura wewnątrz sięgała 30°C. Przykrą rzeczą była konieczność obcowania z tępawym pseudo-kierownikiem sceny, który najpierw próbował nam skrócić występ (jechaliśmy 400 km za kompletną darmochę), a potem nie chciał nas nawet poczęstować wodą. Aby uzupełnić ilość płynów w organizmie otworzyłem browara, którego dał mi Prąciool. W tym momencie usłyszałem:" Hey man, jak ktoś cię zobaczy tu z piwem, to wylecisz z Festiwalu".
Koncert był spoko, ludzie słuchali nas z zainteresowaniem i to była bardzo pozytywna część naszego pobytu w Lubiążu. Pomimo przeprosin organizatora - przesympatycznego Martina z zespołu Früstuck, wyjeżdżaliśmy z niesmakiem i wnioskiem, że na festiwalu chrześcijańsko-artystycznym było wielu artystów, ale nie odczuliśmy obecności Boga. Zaskakujące było to, jak wielu ludzi, którzy potem pojawiali się naszej drodze, widziało ten występ i z jak pochlebnymi opiniami się zderzyliśmy.
Może i byśmy zostali w Lubiążu dłużej, ale jak na ironię wieczorem graliśmy koncert na zlocie motocyklowym w Świebodzicach. Dla równowagi emocjonalnej było tam to, czego nie było na Slot'cie – całkiem fajny striptiz, bad motrocycle's people i kompletny brak organizacji. Mimo, iż grupa Harlem zaoferowała się pożyczyć nam brakujący sprzęt, to i tak nie udało się skompletować odpowiedniego backline'u, który miał zapewnić organizator i... nie zagraliśmy. Wywiązali się z ustaleń finansowych, mieliśmy zatem za co wrócić do domu.

Kolejnym ważnym wydarzeniem było supportowanie Acid Drinkers na warszawskim koncercie podczas trasy "Acidofilia Tour" w październiku 2002 roku, ważnym bo odtąd supportowaliśmy Acid'ów wielokrotnie w różnych składach i miejscach (naszych i ich).

Krzysztof Rustecki - nasz dobry kolega, dla wtajemniczonych były wokalista TESTOR'a z czasów płyty "Ruiny", a dzisiaj wokalista i lider bandu DEADWOOD, zrobił nam clip do "Hard to Believe". Po prostu, wczesną jesienią ściągnąłem go na próbę do sali prób "Contras" i w przeciągu niespełna trzech godzin Krzysiek nakręcił potrzebną ilość materiału, z której potem zmiksował dynamiczny w swej wymowie teledysk.

"Stado"
Równolegle z intensywną działalnością koncertową robiliśmy nowy materiał. Było to uciążliwe, bo nie posiadaliśmy wtedy własnej sali prób, skazani byliśmy na tułaczkę. Nowe utwory powstawały dosyć sprawnie, a proces tworzenia zwieńczony został ponowną wizytą w olsztyńskim "Selani Studio" w połowie listopada, niecały rok od nagrania "Pierwszego krzyku".
Był to bardzo ciekawy pobyt wypełniony nagraniami, wizytami w lokalnych stacjach radiowych, zagraniem koncertu i upojnymi rozmowami z Marią Konopnicką. Efektem nagrań było osiem utworów, które wypełniły płytę "Stado".

Nawał pracy, napięcie powstałe na linii orbitawiru-żona-praca-orbitawiru-żona sprawiły, iż proroctwo ojca Prącioola nabrało realnych kształtów. Wynikiem czego była deklaracja Prącioola, iż będzie perkusistą zespołu do czasu, aż nie znajdziemy innego. Deklaracja była przedwczesna i pochopna ze strony Łukasza, ale reszta kapeli potraktowała ją poważnie, zwłaszcza, że od pewnego czasu mieliśmy potencjalnego zastępcę. Po zagraniu kilku następnych koncertów m.in. na WOŚP w Proximie, 8 marca 2003 roku zagraliśmy pierwszy koncert z innym perkusistą, którego wybór jak się wkrótce okazało był kosmicznie niewłaściwy. Prąciool odpadł.

Przy okazji wydania trzeciej części składanki "Nowa energia - reinkarnacja", wystąpiłem do Roberta Kilena, z jakźe słuszną inicjatywą, aby dołączył do płyty nasz teledysk. W efekcie na płycie znalazły sie jeszcze teledyski trzech innych kapel. Nasz clip musiał się spodobać, bo wydelegowana go na Yach Film Festiwal w kategorii teledysków niskobudżetowych.
Płyta "Stado" również trafiła w różne miejsca, za drzwiami których rozpościerały się nowe horyzonty. Ponownie gościliśmy w "Rowerze Błażeja" i Radio Jazz, gdzie zagraliśmy ciekawą, akustyczną wersję "Hard to believe". "Stado" trafiło także do "trójki" do Tomka Rządy.
Zmaterializowanie się płyty "Stado" zbiegło się z premierą składanki "Nowa Energia vol.2", co pociągnęło za sobą wywiady, wizyty w zakładach pracy i programie "Wroński Beat" emitowanym w TVP3.
Następnie zagraliśmy serię koncertów z Acid Drinkers (Częstochowa, Warszawa, Katowice, Wrocław), dziwaczny koncert w Malborku i parę występów w Warszawie, aż nadszedł czas wakacji.

 

 

Festiwal Rockowy Węgorzewo 2003

 

 

Zostaliśmy zakwalifikowani do występu w konkursie Festiwalu Rockowego w Węgorzewie. Było to zwieńczenie naszych nadziei i wielka radość. Jednak parę miesięcy przygotowań spaliło na panewce, gdyż nasz perkusista, który jako jedyny ponownie nie mógł nam towarzyszyć, od rana nie odbierał telefonu, nie pojawił się na próbie dźwięku. Potem, kiedy byliśmy już spaleni nerwami i myślami, co do naszej dalszej obecności na festiwalu, pojawił się ze spuszczoną głową i obietnicą, że to już ostatni raz. Suma sumarum na scenę wyszliśmy smutni, zdołowani i nie był to koncert naszego życia. Całość dopełniły beznadziejne warunki zakwaterowania kapel, zatem nasze wspomnienia z tej edycji festiwalu nie należą do euforycznych.
Potem nastąpiły trzy tygodnie przerwy, w czasie których zajęliśmy się wykończaniem naszej sali prób. Na początku sierpnia zagraliśmy wreszcie próbę we własnym lokum.

"Rockowe Ogródki"
Pod koniec sierpnia zagraliśmy koncert na Rockowych Ogródkach w Płocku i była to nagroda za Węgorzewo, gdyż graliśmy sami, bez towarzystwa innych kapel, a publika nie pozwalała nam zejść ze sceny. Trzy bisy, to się rzadko zdarza w przypadku, gdy ktoś słyszy cię po raz pierwszy. Zobaczyliśmy stage-diving nawet w wykonaniu samego organizatora imprezy i bardzo Cię Michał pozdrawiamy za gościnę i "ogień z dupy..." w czasie koncertu. Konsekwencją tego koncertu było umieszczenie dwóch naszych utworów: "Stronger, much stronger" i "Konstelacje podupadłych gwiazd" na składance podsumowującej festiwal.

Tydzień później mieliśmy okazję zagrać kolejny wspaniały koncert w Warszawie u boku NONE, a nazajutrz ponownie Płock, na dużym, plenerowym koncercie z Acid Drinkers, None i N.O.B. I tu, kiedy wychodziliśmy po raz pierwszy poczułem, że dla wielu ludzi nasze wyjście na scenę było dużym wydarzeniem - koncert na Rockowych Ogródkach zrobił swoje.

"Moto-Speed'03"
Kolejnym punktem naszej działalności koncertowej był występ na "Moto-Speed'03" w Warszawie - zamknięciu sezonu motocyklowego. Koncert poprzedzony został wizytą w Radiu Mazowsze u Piotrka "Makaka" Szarłackiego w ramach promocji w.w. imprezy. Koncert był dobrze przygotowany od strony organizacyjnej, ale jakoś motocykliści nie mieli zamiaru kończyć sezonu na początku września i frekwencja była niezbyt imponująca. Całkiem przypadkiem staliśmy się gwiazdą pierwszego(z trzech) dnia imprezy, gdyż według ustaleń mieliśmy grać bezpośrednio przed gwiazdą tego dnia - Proletaryatem. Po zakończeniu naszego występu okazało się, ku mojemu rozżaleniu, że Proletaryat nie wystąpi. Może sprawiło to wsiowe zachowanie członków jednej z warszawskich kapel, doklejonej tam zresztą na siłę, krzyczących "huj w dupę Łodzi" (Proletaryat pochodzi z Pabianic pod Łodzią), może powody były inne, to jednak strasznie żałowałem ich odwołanego koncertu.
Otrzymałem telefon od "Dzikiego" z Zamościa. Słyszał nas na Slot Art Festiwalu'02, bardzo mu się podobaliśmy, robi koncert, czy przyjedziemy 20 września i zagramy? Podczas naszych ustaleń dotyczących spraw organizacyjnych parokrotnie podkreślał, że nie zawiódł się na ludziach. Jak się później okazało z relacji naszych znajomych, "Dziki" jest totalnie odjazdowym... księdzem, który organizuje koncerty od metalu, przez reagge na hip-hopie kończąc. Wszystko odbywa się w duchu katechezy, ale nie w nachalnej formie, raczej inspirującej dla poszukujących.
Nadszedł 20 września i wraz z basistą Konopem (nowa xsywa Konopijczyka) spakowaliśmy samochód ze sprzętem i ledwo ciepli ze zmęczenia czekaliśmy na dalszą część kapeli. W momencie zamykania samochodu zadzwonił mój telefon, a w nim rozbrzmiewał płaczliwy głos naszego perkusisty, który poinformował mnie, że nie może jechać, bo mu żona ultimatum postawiła - wiadomo jakie. Potem jego telefon był wyłączony, a ja musiałem odwołać nasz występ w Zamościu dzwoniąc do gościa, który "...nigdy nie zawiódł się na ludziach...".
Okazało się, że nasz nowy perkusista tkwi od dawna w konflikcie na linii orbitawiru-żona-ściema-orbitawiru-ściema-żona, i ostatni, wymieniony element tej organizacyjno-mentalnej paranoi doprowadził we wrześniu 2003 roku do ostatecznego, nieuniknionego rozstania w atmosferze gróźb ze strony tegoż elementu. Co do samego podmiotu (perkusisty), nie umiał on odejść po męsku, więc odpadł. Celowo nie wymieniłem jego personaliów i xywki, aby przypadkiem nikt nie skojarzył jego osoby z naszym zespołem. Kończę tą część opowieści, bo ilekroć przypominam sobie tamten incydent rzygać mi się chce i poważnie zachwiana zostaje moja wiara w człowieka.
Żenująco również wyglądało rozstanie z naszym perkusistą, okraszone łzami i ... koniec tego tematu.
Przyglądał się temu człowiek grający próby w pobliskiej sali, z którym podczas wizyty na papierosie wymieniliśmy na gorąco spostrzeżenia z tej i podobnych sytuacji, i który jak się okazało jest zdolnym perkusistą. Po przesłuchaniu w sumie dwóch bębniarzy i po odrzuceniu kandydatury człowieka, który grał przeraźliwie cicho, perkusista Heban/Pawlini(Paweł Sawicki) stał się pełnoprawnym członkiem Orbity Wiru.

Mieliśmy zagrać dwa tygodnie później koncert w Łodzi z Acidami, więc ostro zabraliśmy się do przygotowywania materiału. Podczas tego żmudnego i nieciekawego procesu (niektóre utwory graliśmy już z górą dwa lata) wyraźne znudzenie próbami dało się zaobserwować u basisty Konopa.

 

 

 

 

"Sentimetal Tour"
Koncert w Łodzi nie doszedł do skutku podobno z winy organizatora, ale nasza intensywna praca nie poszła na marne, gdyż na początku listopada zagraliśmy krótką, trzykoncertową traskę nazwaną "Sentimetal Tour": Gorzów Wlkp., Szczecin i Lublin, z Acidami i na jednym koncercie z Turbo. Dużym wyzwaniem był koncert w Lublinie, do którego musieliśmy się dostać ze Szczecina w ciągu jednego dnia (750 km - samochód kombi z przyczepą - ponad 10 godzin jazdy bez przystanku). To było szaleństwo, ale daliśmy radę.
Jakieś dziesięć dni później graliśmy ponownie w Lublinie w "Grafitti" przed Acidami. Zrobił się z tego swoisty festiwal, bo i sytuacja była wyjątkowa. Titus grał tego dnia koncert z swoją nową kapelą Virgin Snatch przed Helloween w Krakowie. Po zakończeniu koncertu, około godz. 20, wyruszył w drogę z Krakowa do Lublina, a czas ten w Lublinie wypełniały trzy zespoły: Risinig, Coffins i Orbita Wiru. Po występach dwóch pierwszych kapel okazało się, że przed Titusem jeszcze kupa drogi i mamy grać do bólu. Publika już chciała Acidów, a tu wychodzi Orbita i gra przez godzinę. Zaczęliśmy grać przy sali siedzącej na glebie, ale potem udało się "parę" osób poderwać i w sumie nie było źle. Wprawdzie znowu ktoś pomylił mnie z Lipą(moim zdaniem kompletny brak podobieństwa), i chcieli, żebyśmy zagrali "Nóż", ktoś inny chciał, żebym zszedł już ze sceny - nie dałem się, to była trochę walka z czasem do momentu przybycia wokalisty Acid Drinkers. Manager Acid'ów podziękował nam za "walkę".
Jednakże jakiś tępy, zawistny palant wypowiedział się na forum "Strefy mp3 - wp.pl" - działu poświęconego Orbicie, w sposób zdradzający niechęć do nas, moich tatuaży i przede wszystkim nad wymiar energicznego zachowania basisty Konopa. Dostało się również managerowi Acidów - Yodzie?! Była to wypowiedź ewidentnie niedocenionego przez Yodę członka zespołu, który nie dostał aprobaty na udział w tym koncercie. Jednakże basista Konop wyraźnie poczuł się urażony tą głupawą wypowiedzią i stwierdził, że nie będzie już przychodził na próby. Konop odpadł.
Puściliśmy po sieci informację, że szukamy basisty i dostaliśmy trzy odpowiedzi. Co mnie zaskoczyło, porównując poprzednie poszukiwania ludzi do współtworzenia zespołu, wszyscy basiści umieli lepiej lub gorzej grać i mieli niezły sprzęt grający.

"Twierdza Zamość'04"
I jak na ironię skontaktował się z nami ponownie ks. Tomek "Dziki" z Zamościa. Tym razem musieliśmy zagrać. Basista Konop zgodził się zagrać z nami ten, i jak się później okazało jeszcze jeden koncert. Także 10 stycznia 2004 roku znaleźliśmy się w Zamościu. Rozpoczął Tlen, później Good Religion, i było ok. 23.30 kiedy się zainstalowaliśmy na scenie, pełni obaw, czy w ogóle ktoś jeszcze zostanie. Tymczasem, tak jak niegdyś w Płocku, tak w Zamościu ludzie nie dawali nam zejść ze sceny. Skończyliśmy ok. 1 w nocy i potem nastąpiła długa noc w barze i powrót w pięknej zimowej aurze do miejsca noclegu.

Manager "Tlenu" zaproponował nam wspólny występ w Warszawie, w klubie "Nemo". Po tym koncercie basista Konop, powysyłał do nas wszystkich sms'y, z pytaniem, czy może wrócić do zespołu. Zbiegło się to z miłym wpisem w "Strefie mp3 - wp.pl", pewnej laski z Płocka, która pozdrawiała nas wszystkich, w szczególności przystojnego basistę. Pomimo różnicy zdań zdecydowaliśmy się przyjąć przystojnego basistę Konopa z powrotem - sporo fajnych chwil nas przecież łączyło.
Rozpoczęła się chłodna kalkulacja, co do kosztów i miejsca nagrania utworów, które zdążyły powstać w czasie zawieruch personalnych Orbity. Niespodziewanie basista Konop postanowił ponownie wycofać się z szeregów zespołu, tłumacząc swoje odejście zawirowaniami rodzinnymi i ...znikł na dobre.
Konop odpadł, a my do wyboru mieliśmy trzech kandydatów i jak już mówiłem ich poziom muzyczno-sprzętowy był wyrównany.

Ostatecznie wybór padł na Flakona(Roberta Koconia), który oprócz grania w Orbicie Wiru, jest basistą i wokalistą bielskiej formacji "Myopia". Pojawił się on już wcześniej w mojej świadomości, bo przed dwoma laty, tuż po nagraniu "Pierwszego krzyku", Myopia nagrywała swoją płytę w "Selani Studio" i drogą mailową wymieniliśmy spostrzeżenia.

"Tribute to Kurt Cobain"
Już z basistą Flakonem zagraliśmy w Lublinie koncert na festiwalu muzyki metalowej, którego nazwy niestety nie pamiętam, oraz dosyć ciekawą imprezę w warszawskim klubie "Nemo" z okazji dziesiątej rocznicy śmierci Kurta Cobain'a.

Warunkiem podstawowym było wykonanie przynajmniej jednego cover'u Nirvany. Nasz wybór padł na "Breed", który wyszedł na tyle fajnie(w naszym mniemaniu), że stał się stałym punktem naszych koncertów, ponadto będzie nagrany przez nas w studio. Była to ciekawa impreza, lecz stanowczo zbyt duża była ilość kapel, co sprawiło, że graliśmy już dosyć późno, gdy ludzie zaczęli skłaniać się ku wyjściu. Ale takie to już nasze szczęście. Podsumowaniem tego koncertu jest składanka zawierająca fragmenty występów poszczególnych zespołów.
25 maja 2004 roku wystąpiliśmy w Warszawie wraz z wrocławskim CTR-ALT-DEL, ale koncert nasz zbiegł się z darmowym, pożegnalnym, plenerowym koncertem "Kazika na Żywo", zatem frekwencja była bardzo mizerna.
W medialnym nagłaśnianiu naszych warszawskich koncertów dużą rolę odgrywa Piotrek "Makak" Szarłacki, którego parokrotnie molestowałem przed dwoma laty próbami zainteresowania go "Pierwszym krzykiem" - bez większego efektu. Coś musiało Makaka przekonać do nas, bo bardzo pomógł nam reklamując nasze koncerty na antenie Radia 94. Do niego też zwrócił się manager LIPALI w kwestii doboru suportu na warszawskim koncercie zespołu Tomka Lipnickiego.
4 czerwca 2004 roku zagraliśmy w klubie Artura Hajdasza "No mercy" wspaniały koncert wraz z LIPALI i wyjątkowej atmosfery tego wieczoru nie zepsuła nieduża ilość widzów, bo ci co przyszli, naprawdę przyszli posłuchać muzyki.
Nie wiem jak długa będzie historia ORBITY WIRU, ale będzie ona na bieżąco uzupełniana i z biegiem czasu wzbogacana o nowe wydarzenia, przeżycia i nową muzykę, bo to jest przecież właściwy cel ...

13 czerwca 2004

Tomek "Serwat" Serwatko

 



 

 

 

 

 

 

. .. ...